W koalicji rządzącej rośnie przekonanie, że jeśli dojdzie do zmian w PIT, to właśnie przy budżecie na 2027 r. W ostatnich tygodniach taki kierunek sygnalizowali m.in. Władysław Kosiniak-Kamysz i europoseł PSL Krzysztof Hetman. Z kolei minister finansów Andrzej Domański zapowiadał, że pracuje nad planem i chce przedstawić go premierowi.
Punktem wyjścia pozostaje obecny stan systemu. Kwota wolna od podatku wynosi dziś 30 tys. zł, choć w kampanii wyborczej Koalicja Obywatelska zapowiadała jej podniesienie do 60 tys. zł. To dlatego temat regularnie wraca: z jednej strony jako niezrealizowana obietnica, z drugiej jako decyzja, która może mocno obciążyć finanse państwa.
Skąd wrócił temat kwoty wolnej?
Spór nie dotyczy już tylko tego, czy reforma jest potrzebna, ale w jakiej skali i kiedy miałaby wejść w życie. Politycznie kwota wolna pozostaje ważna dla całej koalicji, ale w praktyce każdy ruch trzeba dopasować do możliwości budżetu. Dlatego obok pełnej podwyżki do 60 tys. zł pojawiają się też warianty pośrednie.
Minister finansów tłumaczył, że państwo ma dziś wysokie wydatki związane z bezpieczeństwem i inwestycjami. Wcześniej przedstawiciele rządu wskazywali też na ograniczenia wynikające z deficytu. Nie chodzi więc o brak politycznych deklaracji, lecz o pytanie, czy budżet wytrzyma kosztowne zmiany podatkowe.
Największa bariera to koszt reformy
Najbardziej konkretne dane podało Ministerstwo Finansów w odpowiedzi przywoływanej przez PAP. Z tych wyliczeń wynika, że podniesienie kwoty wolnej z 30 tys. do 60 tys. zł kosztowałoby budżet państwa w 2027 r. 58,6 mld zł. Dla porównania, podniesienie drugiego progu podatkowego ze 120 tys. do 140 tys. zł oznaczałoby koszt 11,6 mld zł. Gdyby połączyć oba rozwiązania, łączny rachunek urósłby do 70,2 mld zł.
To właśnie dlatego w koalicji krążą różne scenariusze zmian w PIT na 2027 r. Najczęściej pojawiają się trzy warianty:
- pełne podniesienie kwoty wolnej do 60 tys. zł,
- podwyższenie drugiego progu podatkowego,
- rozwiązanie mieszane, łączące oba ruchy w ograniczonej skali.
WP Wiadomości zwracają uwagę, że dziś bardziej prawdopodobny wydaje się ruch dotyczący progu podatkowego, bo jest wyraźnie tańszy. Ma to znaczenie także dlatego, że w 2025 r. drugi próg przekroczyło ponad 2,4 mln podatników. Dla części koalicji to argument, że właśnie tu presja jest dziś największa.
Możliwy kompromis zamiast jednej dużej zmiany
Osobny pomysł przedstawiło PSL. Koncepcja partii zakłada dochodzenie do 60 tys. zł etapami: w 2027 r. kwota wolna miałaby wzrosnąć do 35 tys. zł, w 2028 r. do 45 tys. zł, a w 2029 r. do 60 tys. zł. Według autorów tego rozwiązania taki model byłby łatwiejszy do udźwignięcia przez budżet, zwłaszcza jeśli towarzyszyłyby mu dodatkowe działania kompensacyjne.
Dziś najuczciwsza odpowiedź na pytanie o zmiany w 2027 r. brzmi więc: są realne, ale ich skala pozostaje otwarta. Sam termin coraz częściej pada w wypowiedziach polityków, jednak pełne spełnienie obietnicy nadal zderza się z kosztami. Dlatego najbardziej prawdopodobny wydaje się nie jeden spektakularny ruch, lecz kompromisowy wariant reformy PIT.
Kto realnie skorzysta na zmianach w PIT?
To, który wariant reformy okaże się ostatecznie najważniejszy, zależy nie tylko od kosztu dla budżetu, ale też od tego, do kogo trafi ulga. Podwyżka kwoty wolnej od podatku ma największy zasięg, bo obejmuje osoby rozliczające się według skali podatkowej, w tym pracowników, część przedsiębiorców i emerytów. Przy podniesieniu kwoty wolnej do 60 tys. zł miesięczna pensja netto mogłaby wzrosnąć maksymalnie o 300 zł.
Jednocześnie nie każdy odczułby tę zmianę tak samo. Wyliczenia doradców podatkowych z Grant Thornton pokazują, że najmocniej skorzystałyby osoby zarabiające od ok. 6,1 tys. zł brutto. Z politycznego punktu widzenia to ważne, bo właśnie szeroki zasięg reformy jest jej największym atutem. Z drugiej strony ta sama cecha sprawia, że podwyżka kwoty wolnej tak mocno obciążałaby budżet.