Podczas wakacyjnych wyjazdów należy zachować wzmożoną czujność. Łatwo bowiem można się naciąć na ogromne wydatki. Coś na ten temat wie pani Kinga, która ostatnio wypoczywała w Rzymie.
Czytelniczka o2.pl podzieliła się zaskakującą historią związaną z wizytą w lodziarni. - Weszliśmy do pierwszej lepszej lodziarni w okolicach rzymskiego Panteonu. Włoskie lody są zwykle dobre, a ceny w różnych miejscach podobne - 5-6 euro za gałkę. Poprosiliśmy o nałożenie trzy razy po jednym smaku. Pan zapytał tylko, czy w wafelku, czy kubeczku. Cennik, choć mały, był dość dobrze widoczny, nic nas nie zaniepokoiło - podkreśliła.
Zapewniła również, że zamawiająca osoba perfekcyjnie mówiła po włosku, więc nie było mowy o jakimkolwiek nieporozumieniu. - Za wszystkie porcje zapłaciła jedna osoba kartą płatniczą. Wzięliśmy je i radośnie wyszliśmy z lokalu, siadając na murku - kontynuowała.
W luźnej rozmowie płacący powiedział, że dziwne, ale zapłacił 25 euro za lody - a wydało nam się, że będą kosztować 15 euro, czyli zgodnie z cennikiem trzy razy po 5 euro - spostrzegła.
Aż wrócił do lodziarni. "Najdroższe lody"
Następnie wyznała, że "kolega mówiący po włosku zdenerwował się i wrócił do lokalu z paragonem, żądając wyjaśnień".
Okazało się, że mimo zamówienia pojedynczej porcji pan w domyśle nakłada większą, taką za 10 euro - pyta tylko o kubeczek lub wafelek, ale nie o rozmiar. Jedna osoba wzięła kubeczek, stąd suma wyniosła 25 euro. No cóż, były to najdroższe lody, jakie jadłam we Włoszech. Takie, których zupełnie nie chciałam - ponad 100 zł za trzy gałki - podsumowała gorzko.